Piątek, 19 stycznia 2018

Poczekamy na polskie pasze

Wraz z 2017 rokiem w życie miał wejść zakaz karmienia zwierząt paszami zawierającymi śrutę genetycznie modyfikowanych roślin oleistych. Rząd zadecydował, że da rolnikom cztery lata więcej na przygotowanie się do zmian, wynikających z tych przepisów.

Tomasz Skory

Tagi: RIR GMO pasza śruta sojowa soja

27 września 2016, aktualizowano: 27-09-2016

Do 2003 roku głównym źródłem białka w żywieniu zwierząt były mączki mięsno-kostne, powstają­ce ze spalania odpadów zwierząt hodowlanych. Po wybuchu epide­mii BSE, czyli tzw. choroby szalonych krów, Komisja Europejska wydała zakaz stosowania ich w żywie­niu zwierząt, uznając, że jedną z przyczyn pojawienia się tej choro­by było karmienie bydła pozosta­łościami pochodzącymi od innych krów. Obecnie mączki wykorzysty­wane są głównie jako nawóz, a aby uzupełnić deficyt białka w żywie­niu zwierząt zaczęto stosować śrutę sojową.


Odroczenie za odroczeniem
Polska, jak większość krajów strefy umiarkowanej, była wówczas i nadal jest importerem pasz wysokobiał­kowych, głównie śruty poekstrak­cyjnej sojowej. Według raportu Izby Zbożowo-Paszowej niemal w całości jest to śruta pochodząca z roślin modyfikowanych genetycznie. Po raz pierwszy tym problemem posłowie zajęli się w 2006 roku, wpisując do ustawy o paszach zakaz wytwarza­nia, wprowadzania do obrotu i stoso­wania w żywieniu zwierząt śruty zawierającej GMO. Miał on zacząć obowiązywać od 2008 roku, nie wszedł jednak wtedy w życie, gdyż posło­wie zdecydowali o przesunięciu jego obowiązywania o kolejne cztery lata. W 2012 roku termin wejścia w życie nowych przepisów przesunięto po raz kolejny z 1 stycznia 2013 na początek 2017 roku.

Kilka miesięcy temu posłowie zadecy­dowali znów odroczyć wejście w życie nowelizacji, aż do 1 stycznia 2021 r. Decyzja ta, podobnie jak w ubiegłych latach, spowodowana jest brakiem na polskim rynku rodzimych pasz białkowych, którymi zastąpić mogliby­śmy importowaną śrutę. O możliwość przedłużenia możliwości stosowania materiałów zawierających GMO wnio­skowała m.in. Krajowa Rada Izb Rolni­czych. Jej zdaniem, gdyby zakaz zaczął obowiązywać już na początku przy­szłego roku, doprowadziłby do wzrostu cen pasz w naszym kraju, a w rezul­tacie do załamania polskiej produkcji drobiarskiej i problemów na rynku trzody chlewnej. Śruty sojowej używa się bowiem głównie w hodowli drobiu i trzody.

- Wprowadzenie dziś tego zakazu spowodowałoby, że całkiem znikłaby u nas hodowla tych zwierząt. Oczy­wiście, należy rozwijać polskie białko, ale produkty oparte wyłącznie na nim byłyby droższe, a tym samym zupeł­nie niekonkurencyjne. Na dziś nie da się więc wyłączyć soi z żywienia zwie­rząt - tłumaczy Ryszard Kierzek, prezes Kujawsko-Pomorskiej Izby Rolniczej.

Kasa płynie do USA
Największymi producentami soi na świecie są Stany Zjednoczone, Brazylia i Argentyna. Unia Europej­ska importuje z tych państw rocznie przeszło 35 mln ton tego surowca. Import śruty sojowej do Polski przekro­czył w ostatnich latach 2 mln ton rocznie, a wielki popyt wywołał także wzrost cen, które chwilami osiągały poziom 2,5 tys. zł za tonę. Przełożyło się to na olbrzymie kwoty, które - gdyby­śmy samemu wytwarzali wysokobiał­kowe pasze - zasiliłyby portfele polskich rolników. A tak trafiają one do Ameryki Południowej.

Resort rolnictwa zakłada, że do 2021 roku uda się nam znacząco poprawić wielkość i jakość produkcji pasz krajowych bez GMO. Te same argu­menty powtarzane są jednak już od 2006 roku. Skoro przez ostatnią dekadę nie udało się uporać z tym problemem, to jaka jest szansa, że uda się w ciągu kolejnych 4 lat? - Bardzo łatwo jest stwo­rzyć przepis, ale znacznie trudniej jest stworzyć mechanizmy i zapewnić warunki, w których mógłby on obowiązywać. Już w poprzednich latach weszły duże dopłaty, co ożywiło produk­cję roślin białkowych i następne cztery lata przy­niosą kolejne zmiany w tym zakresie, natomiast potrzebna jest jeszcze akceptacja ze strony społeczeństwa. Ekologia jest modna, ale kosz­tuje i mało kto jest na to przygotowany - uważa Ryszard Kierzek.

W tym roku ruszył kolejny wieloletni program wsparcia upraw roślin wysokobiałkowych, takich jak bób, ciecierzyca, fasola, soczewica, groch, łubin, wyka, koniczyna i lucerna, które w perspektywie czasu miałyby zastąpić impor­towaną soję. Program rozpisany został na lata 2016-2020, a na jego realizację resort rolnictwa zamierza przeznaczyć 33 mln zł. Podobną kwotę na ten cel wykorzystano w ubiegłych pięciu latach. Przed paroma miesiącami utworzono też sejmową podkomisję do spraw monitorowania wykorzystania krajowego białka w paszach. Zadaniem komisji będzie stopniowe wytycza­nie celów wskaźnikowych, do którego powinien dążyć popyt na polskie białko. Docelowo ma ono zastąpić 55 proc. importowanej soi.

Ryzyko zasiewów
- Można myśleć o białku z rzepaku czy łubinu, ale tegoroczna susza sprawiła, że plony tych roślin, przynajmniej w naszym wojewódz­twie, są beznadziejne. Straty są tak duże, że obawiamy się, że doprowadzi to do likwidacji branży. Bardzo łatwo jest zachęcać do siania, jak się samemu z tego nie żyje. Ja jestem producentem trzody i gdybym, np., zasiał swoje pole łubinem, to w tym roku byłbym bankrutem - mówi prezes KPIR.

Jednak powierzchnia upraw roślin strączko­wych i motylkowych w naszym kraju systema­tycznie rośnie. Pomiędzy 2014 i 2015 rokiem zwiększyła się aż dwukrotnie, ale tylko niewielki odsetek tych upraw prowadzony jest z myślą o produkcji pasz. Zwiększa się też powierzchnia uprawy samej soi. Dwa lata temu sprzedano w Polsce nasion wystar­czających na obsadzenie 6 tys. ha, a w ubie­głym roku już na 20 tys. ha. Wciąż jednak są to znikome liczby. W Europie w tym czasie wyprodukowano około 6,5 mln ton soi, ale zdaniem specjalistów potencjał naszego kontynentu jest kilkukrotnie większy.

Bez GMO
Żaden kraj Unii Europejskiej nie zakazał do tej pory karmienia zwierząt paszami zawiera­jącymi GMO. Coraz więcej producentów żywności, przygotowując się do nadchodzą­cych regulacji prawnych, decyduje się jednak wprowadzać na rynek produkty wolne od modyfikacji genetycznych. Warszawska firma Farmio i podlaski Drosed zapewniają, że ich kury karmione są paszą wolną od GMO.

Na początku lipca zaś oznaczenie „bez GMO” pojawiło się na opakowaniach twaroż­ków OSM Piątnica. Spółdzielnia poinformo­wała, że jej produkty będą wytwarzane teraz wyłącznie z mleka pochodzącego od krów karmionych paszami wolnymi od mody­fikacji. - Według aktualnej wiedzy mleko nie zawiera GMO, nawet jeśli pochodzi od krów karmionych paszami zawierają­cymi genetycznie zmodyfikowane organi­zmy. Uważamy jednak, że konsumenci mają prawo do świadomego wyboru produk­tów na sklepowej półce. Dlatego dajemy im możliwość wyboru w postaci naszych produktów oznaczonych znakiem „bez GMO” - czytamy w komunikacie OSM Piątnica.

Być może jednak już niedługo wszyst­kie polskie produkty będą miały stosowne oznaczenia. Klub Kukiz’15 złożył w lipcu projekt ustawy, która zakłada znakowanie produktów spożywczych wolnych od GMO. Znak byłby dobrowolny, natomiast prze­widziano kary dla tych, którzy używają takiego znaku, a jednocześnie ich produkt zawiera GMO. Obecnie zgodnie z polskimi przepisami produkty genetycznie zmodyfi­kowane muszą być odpowiednio oznaczo­ne na etykietach. Wymóg ten nie dotyczy jednak produktów, w których zawartość GMO jest mniejsza niż 0,9 proc. Takich infor­macji nie znajdziemy też na artykułach mlecznych i mięsnych, które wyprodukowa­no ze zwierząt żywionych modyfikowanymi paszami.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.