środa, 23 maja 2018

Modły o deszcz

Czerwiec to tradycyjnie sezon żniw na plantacjach truskawek i czereśni. Te zaś, jak wiadomo, są bardzo podatne na warunki pogodowe. W tym roku aura wyjątkowo im nie sprzyja, choć ostatnie deszcze dają nadzieję.

Kamil Pik

Tagi: RIR rolnictwo susza deszcz truskawki czereśnie

24 czerwca 2016, aktualizowano: 24-06-2016

Przy suszy jaką mamy w tym roku, część plantatorów zakończyła zbiór truskawek już w pierwszych dwóch tygodniach czerwca. Nie każdy ma deszczownie, studnie głębinowe czy stawy, a co za tym idzie, możliwość regularnego podlewania plantacji - zauważa Mariola Markiewicz, właścicielka rodzin­nej plantacji truskawek, czereśni, wiśni i malin w Buszkowie.


Susza sieje spustoszenie



- Nasze uprawy są w o tyle lepszej sytuacji, że już ładnych parę lat temu zainwestowaliśmy w instalacje niezbędne do nawadniania roślin. Jak trudna jest w tym sezonie sytuacja, może świadczyć fakt, że z prośbami o wypożycze­nie deszczowni zwracali się do nas już nawet rolnicy uprawiający zboża. Tego jeszcze u nas nie było - dodaje.

Nawet jeśli mieszkaniec któregoś z dużych miast w naszym województwie powie, że prze­cież nieraz już padało, to każdy rolnik potwier­dzi, jak trudna jest sytuacja na polach. Deszcz, jeśli padał, to nieregularnie, a to z pewnością nie wystarczy do właściwego nawodnienia upraw. Jak taka susza przekłada się na zbiory?

- Mając plantację podzieloną na pola w różnych miejscach, nie wszystkie mogłam nawodnić. Te podlewane regularnie, udało się podtrzymać przy życiu. Tam, gdzie nie sięga deszczownia, nie było co zbierać. Truskawki urosły na nich do wielkości groszku i pozasychały na krzaczkach. Nasza deszczownia chodzi dzień i noc. Od dawna. Patrzymy na niebo i modlimy się o deszcz. Okoliczni rolnicy nawet na mszę w intencji deszczu zorganizowali zbiórkę - opowiada pani Mariola.

Pogoda wpłynęła również na terminy zbio­rów. - W regionie wysyp truskawek do zbio­ru rozpoczynał się zawsze około 15 czerwca. Dzieci kończyły szkołę i przychodziły do nas, by zarobić sobie trochę na wakacje. W tym roku do początku wakacji nie będzie już czego zbierać, a na plantacjach bez deszczowni zbiór zakończono już przed piętnastym - tłumaczy nasza rozmówczyni.

Z czereśniami też kłopot



Druga połowa czerwca to czas, gdy rozpoczyna się zbiór czereśni. - W naszym gospodarstwie dominują późniejsze odmiany: kordia, regina, techlovan. Przez brak deszczu pod każde drze­wo sączy się w sadzie woda wężami kroplują­cymi. Jak uruchomiłam system po 20 kwietnia, tak agregaty tłoczą wodę dzień i noc, niemal nieprzerwanie do dziś. Gdyby nie to, pewnie i czereśnie byłyby drobniutkie. Zimna woda sączona do korzeni nigdy jednak nie zastąpi ciepłego deszczu. To wszystko bardzo podnosi koszty produkcji. Szczególnie prąd pochłaniany przez agregaty i pompy. Ile nas to w tym roku wyniesie, dowiemy się dopiero, jak zakończymy zbiór ostatnich owoców - zauważa plantatorka.

Trudne warunki nie nastały dopiero w ostat­nich dwóch-trzech miesiącach. Pierwsze szko­dy plantacjom wyrządził mróz już na początku roku. Na przełomie grudnia i stycznia pojawiły się kilkunastostopniowe mrozy (było nawet minus 16 stopni przez tydzień), przy równoczesnym braku pokrywy śnieżnej. Kto z uprawiających truskawki nie zdołał przykryć roślin agrowłókniną, stracił nawet całe uprawy. Spośród tych okrytych powymarzały najczęściej najmłodsze i najsłabsze sztuki, również czyniąc spore szkody.

Brakuje rąk do pracy



Nie tylko pogoda nie sprzyja plantatorom owoców w naszym regionie. - Uprawą truskawek zajmuję się już niemal 40 lat. Pamiętam, jak upra­wialiśmy je w naszym gospodarstwie na niemal stu hektarach - wspomina plantatorka z Buszko­wa. - Teraz areał bywa zmienny, ale generalnie truskawki uprawiamy na 12-15 hektarach.

Dlaczego tak niewiele? Brak pracowników jest jednym z kluczowych powodów zmniejsza­nia plantacji.

- Do zbioru wiśni czy porzeczek można kupić kombajn. Na truskawki się nie da, bo dojrzewają sukcesywnie. Czkawką odbił nam się też, skądinąd dobry, program 500+. Po jego wprowadzeniu zaczęliśmy mieć jeszcze większe kłopoty z pracownikami, a uważam, że płacimy nie najgorzej. Za dniówkę, czyli 8 godzin, pracow­nik dostaje 100-180 złotych. Dawałam ogło­szenia w lokalnych gazetach i w radiu, a mimo to z takiej Bydgoszczy, która ma prawie 370 tysię­cy mieszkańców przyjeżdża do mnie do pracy po 13-15 osób. Ludzie skarżą się, że w Polsce jest biednie, a jednak rąk do pracy brakuje. Może więc nie mamy tak źle.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.