Wtorek, 25 września 2018

Fot.: Elżbieta Leiss

Mój jest ten kawałek jeziora

Właściciele i dzierżawcy akwenów coraz częściej umożliwiają wędkarzom łowienie ryb za niewielką opłatą, a coraz więcej osób decyduje się na założenie własnego, komercyjnego stawu. Jak to się robi i kto na tym zyskuje?

Rafał Kruk

Tagi: RIR rolnictwo jezioro wędkarstwo stawy ryby łowiska

9 października 2014, aktualizowano: 09-10-2014

Prywatne łowiska powstają w naszym regionie jak grzyby po deszczu. Co drugi właściciel przydomowej sadzawki myśli dziś o korzyściach płynących z zarybienia wody, co może nie tylko podreperować domowy budżet, ale i spotkać się z uznaniem kolegów wędkarzy. W praktyce jednak założenie oficjalnego łowiska nie jest takie proste, a warunki, jakie będziemy musieli spełnić, w przeważającej mierze zależą od rodzaju akwenu, jakim dysponujemy.


Od czego zacząć?



- Jeziora są własnością państwa, więc, żeby stać się jego dzierżawcą, należy zgłosić się wpierw do właściwego regionalnego zarządu gospodarki wodnej i dowiedzieć, czy na dany zbiornik ogłoszony został przetarg. Dzierżawcy jezior ustalani są bowiem na zasadach konkursu, którego zwycięzcę wybiera się po ilości punktów, jakie zyskał sporządzony przez niego operat wodnoprawny - tłumaczy Damian Wysocki, ichtiolog z bydgoskiego okręgu Polskiego Związku Wędkarskiego.
W dokumencie kandydat na dzierżawcę określa ilość materiału zwierzęcego, jaki zamierza wpuścić do jeziora. Gatunki ryb oceniane są w pięciostopniowej skali, zarówno pod względem jakości, jak i stopnia, w jakim nadają się one do zarybienia danego akwenu. –
Najwyżej punktowane są węgorze, najmniej płocie i inne drobne ryby. Najpopularniejsze są natomiast szczupaki, karpie, karasie i sandacze. Przed wystąpieniem o dzierżawę warto sprawdzić, jakie warunki panują w jeziorze i jakie ryby już tam występują. Takie badania nie są trudne, a ułatwią nam sporządzanie wniosku. Przykładowo, do jeziora przepływowego nie daje się sandacza, bo nam raz dwa zniknie, a do leszczowego nie daje się karasia. Od razu sprawdzajmy też, czy nie występuje przyducha, bo inaczej jezioro będzie przynosić nam więcej strat niż korzyści.
Osoba, która złożyła najlepszą ofertę, zostaje dzierżawcą jeziora na dziesięć lat. Po tym okresie może złożyć kolejny wniosek lub przedstawić jeszcze raz stary. Jeśli nikt w międzyczasie nie zaproponował lepszej oferty, dzierżawa zostanie przedłużona na kolejną dekadę. Większość osób, które decydują się na taką dzierżawę, robi to z myślą o działalności rybackiej.

Nie wszystko jest proste



- Inaczej wygląda sytuacja, gdy chcemy zarybić staw. Taki przydomowy, bazujący na wodzie źródlanej, opadowej lub kanalizacyjnej nie wymaga zezwoleń. Sytuacja komplikuje się, jeśli chcemy założyć staw przepływowy. Wymagane jest wówczas pozwolenie wodnoprawne na korzystanie z odbioru wody z rzeki lub innego cieku. A w tym celu potrzebne nam są zezwolenia z inspektoratu ochrony środowiska, starostwa powiatowego, RZGW i jeszcze kilka innych dokumentów - wylicza Damian Wysocki.
Inwestycja ta jest również kosztowna. Wymaga odpowiedniego projektu i wiąże się z wynajęciem specjalistycznej firmy, która wykona zadanie. Z tego powodu część właścicieli stawów stara się ominąć skomplikowane procedury i zamiast założyć działalność gospodarczą, udostępnia wędkarzom prowizoryczne łowiska na dziko. Zdaniem tych, którzy dopełnili formalności, jest to nagminny proceder.
- Legalne łowiska w powiecie bydgoskim można by policzyć na palcach jednej ręki - uważa Krzysztof Kliś, właściciel dwóch stawów o łącznej powierzchni 11 ha. Według gospodarza z Lisiego Ogona, winę za ten stan ponoszą urzędnicy, którzy często przymykają oko na nieuczciwą działalność. - Formalności jest bardzo dużo. Trzeba zarejestrować firmę, przeprowadzić badania hydrologiczne, przejść kontrole weterynaryjne, BHP i sanepidu, złożyć dokumenty w skarbówce. Z tym wszystkim wiążą się koszty, które trzeba pokrywać z własnej kieszeni, a tego wiele osób nie chce robić. Ale ci, którzy działają nielegalnie, szkodzą innym, bo te pieniądze w końcu trafiłyby do gminy.

Z Niemiec do Polski



Krzysztof Kliś swoją działalność założył już osiemnaście lat temu, co czyni jego stawy najdłużej działającym łowiskiem w okolicy Bydgoszczy. Jak mówi, zainspirowały go prywatne stawy, nad jakimi łowił przed laty w Niemczech. Postanowił przenieść ten pomysł na lokalny grunt i dziś spokojnie może powiedzieć, że odniósł sukces.
- Przyjeżdżają do mnie wędkarze nie tylko z województwa kujawsko-pomorskiego, ale i z Gdańska czy Śląska. Organizujemy też obozy wędkarskie, na które przyjeżdżają dzieci z Rzeszowa i Warszawy, a terminy rezerwują już w styczniu, tylu bywa chętnych.
Duże zainteresowanie nie dziwi tych, którzy mieli okazję wędkować w Lisim Ogonie. Na haczyk łapią się tam naprawdę rekordowe okazy, w tym dwudziestokilowe karpie i czterdziestokilogramowy sum. Nie wszystkie ryby można jednak zabrać do domu. - Za wstęp na łowisko pobieramy opłatę w wysokości 15 zł. Płocie, okonie, leszcze i inne małe rybki można zabierać bez dodatkowych opłat. Ryby od kilograma do trzech można kupić i zabrać do domu, większe należy wypuścić z powrotem.

Lata świetności za nami



Zainteresowanych jest wielu, ale zadaniem gospodarza, złote czasy dla stawów wędkarskich już jednak minęły. Mówi, że jeszcze dziesięć lat temu był to dobry biznes, ale dziś jak ktoś zakłada staw, powinien myśleć o hodowli, bo na samych wędkarzach nie idzie się utrzymać.
Trudy związane z prowadzeniem takiej działalności zna też Piotr Wachowski, właściciel łowiska na Jeziorze Ostrowitem, koło Golubia-Dobrzynia. - Jeszcze nie tak dawno prowadziłem tu ośrodek wypoczynkowo-wędkarski, ale wysokie koszty utrzymania budynków sprawiły, że się to nie opłacało, więc od trzech lat jezioro funkcjonuje tylko jako łowisko. Formalności związanych z zakładaniem własnej działalności prawie nie było, bo to moje własne jezioro. Najważniejsze to się reklamować w czasopismach wędkarskich. Bez reklamy nie byłoby wędkarzy - radzi właściciel.
Jezioro o powierzchni 10 ha zarybione jest płocią, wzdręgą, leszczem, karasiem, karpiem, linem, amurem, szczupakiem, sumem i okoniem. Wstęp na łowisko kosztuje 20 zł, ale gospodarz za złowione ryby nie pobiera opłat. Na miejscu wynająć można też domek. - Nie są to wielki biznes, ale gdyby się nie opłacało, sam dla siebie bym łowiska nie prowadził - komentuje Piotr Wachowski.