środa, 23 maja 2018

Fot.: Thinkstock

Hodowcy trzody walczą z embargami

Na trzy z minusem oceniają hodowcy z Kujawsko-Pomorskiego kondycję swojego biznesu. - Jest dość słabo, ale pojawia się światełko w tunelu - mówi Stanisław Spurtacz, prezes OHZZ w Chodeczku, jednej z najbardziej liczących się hodowli w województwie. A przecież jesteśmy krajowym potentatem w tej branży.

Jacek Kowalski

Tagi: hodowla trzoda świnie RIR rolnictwo

15 lipca 2014, aktualizowano: 15-07-2014

I chociaż coraz głośniej mówi się o tym, że bardziej opłaca się hodowanie drobiu bądź wołowiny, hodowcy świń mówią zdecydowanie: będziemy starali się przetrzymać te problemy. Szanse widzą w otwieraniu się rynków wschodnich i azjatyckich.


Nie pierwszy alarm



Hodowcy trzody w Kujawsko-Pomorskiem co jakiś czas przeżywają podobne zapaści. Tzw. świński dołek pojawiał się już za czasów PRL-u, potem dość regularnie także w latach obecnych. Bierze się z rozmaitych czynników, m.in. ze spadku cen warchlaków i spadku cen paszy, które były notowane nawet kilka miesięcy wcześniej. - Dużym problemem jest też niestabilny rynek wschodni. Granice dla polskiej wieprzowiny raz otwierają się szeroko, innym razem znów zamykają się. Trudno za tym nadążyć - mówi Marek Mońko z Polskiego Związku Hodowców i Producentów Trzody Chlewnej POLSUS z Bydgoszczy.
W każdym razie jednak trudno nie odnieść wrażenia, opinie na temat rynku trzody w województwie są dość zgodne: jesteśmy mocni, ale bez otwierania się na nowe rynki daleko nie zajedziemy.

Silni, ale…



Jeśli spojrzy się na statystyki, województwo kujawsko -pomorskie wespół wielkopolskim produkuje niemal połowę pogłowia trzody chlewnej w kraju. - Mamy bardzo dobre wskaźniki. Ogółem loch w Kujawsko-Pomorskiem jest 3550. Liczba stad produkujących knurki i lochy kształtuje się na poziomie 29. W tych stadach jest 1208 loch. Stad produkujących wyłącznie loszki jest 73. I tutaj są 2342 lochy. Na koniec roku produkcja w skali kraju wyniosła - cały czas mówię o naszym województwie, rzecz jasna - 27,7 procent całości. To naprawdę bardzo dobry wynik. Śmiało mogę powiedzieć, że jesteśmy w czołówce krajowej.
W województwie kujawsko-pomorskim najczęściej hoduje się świnie rasy wielka biała polska, polska biała zwisłoucha i krzyżówki. Można powiedzieć, że w tym zakresie nie wyróżniamy się na tle reszty kraju. I chociaż hodowcy pojedynczo pytani narzekają na kondycję branży, to jednak trudno nie odnieść wrażenia, że jest to narzekanie trochę na wyrost stwierdza Mońka.

Co się komu opłaca



Hodowla w Chodeczku jest średnio mocna na tle województwa; ze swoim pogłowiem trzody klasyfikuje się na ósmym miejscu wśród hodowców zrzeszonych w POLSUS. Ani więc zbyt wysoko, ani zbyt nisko: ot, w sam raz na to, być mieć pełen ogląd sytuacji w regionie. Pytam więc prezesa Stanisława Spurtacza, jaka jest kondycja hodowli w województwie. - Oceniam ją na trzy z minusem - mówi po chwili wahania. I, aby nie było wątpliwości, precyzuje: - Jest słaba. W sporej mierze składa się na to niska rentowność i wysokie koszty hodowli. W tej chwili hodowca musi dopłacać do świniaka na skupie średnio 15-30 zł, w zależności od wagi. Na wysokie koszty hodowli składają się m.in. ceny pasz i stosunkowo wysoki udział leków.
Marek Mońka wyraża delikatne, choć stanowcze zdziwienie taką opinią: - W tej chwili - a jest to stan na koniec czerwca - cena skupu żywca wynosi od 5 złotych za kilogram wzwyż. Jestem więc zdania, a nie jest to zdanie odosobnione, że hodowla jest raczej opłacalna.

Ile tracimy



Jeśli co do opłacalności panowie się nie zgadzają w stu procentach, to obaj widzą kilka dobrych rozwiązań dla podniesienia rentowności hodowli trzody chlewnej w województwie kujawsko - pomorskim: - Wyjściem byłby większy udział państwa w stymulacji produkcji. Mam tu na myśli m. In. ceny regulowane - mówi prezes Stanisław Spurtacz. - No i jeszcze większe otwarcie rynków wschodnich i azjatyckich.
Rynki wschodnie - czyli głównie Rosja i Ukraina - są rynkami bardzo dobrymi, lecz chimerycznymi. Dopiero niedawno Ukraina otworzyła ponownie granice na polską wieprzowinę. Kraj ten wprowadził embargo na import polskiej wieprzowiny 17 lutego, natychmiast po wykryciu w Polsce wirusa afrykańskiego pomoru świń u dwóch dzików, ale nie wstrzymała handlu z Rosją czy Białorusią, gdzie ASF występuje u świń. Według ministra rolnictwa Marka Sawickiego w 2013 r. Polska sprzedała na Ukrainę wieprzowinę o wartości ponad 80 mln euro, tak też mogą być szacowane straty polskich hodowców. Rosja natomiast wciąż podtrzymuje swoje embargo; w tym przypadku straty są liczone w znacznie cięższych pieniądzach.

Ratunek? Rynki azjatyckie



Trudno się więc dziwić temu, co mówi Marek Mońka z POLSUS-u: - Rynki wschodnie byłyby dla nas doskonałe, ale na przeszkodzie stoi ciągła ich zmienność. Na szczęście współpracujemy z rynkami azjatyckimi i tam jest stały popyt.
Mięso z Kujawsko-Pomorskiego jest importowane m.in. do Tajwanu i Wietnamu. Tamtejsza tradycyjna kuchnia w dużym stopniu opiera się na przetwarzaniu mięsa wieprzowego, z czego korzystają polscy producenci. Niestety - obowiązujące embargo na polską wieprzowinę w Chinach, Korei Południowej i Japonii znacząco obniża wielkość eksportu. Wiesław Różański, prezes Unii Producentów i Pracodawców Przemysłu Mięsnego powiedział w wywiadzie dla jednego z portali, że przywrócenie możliwości eksportu na rynki azjatyckie jest obecnie najwyższym priorytetem. Tylko do Chin przecież wyeksportowaliśmy w ubiegłym roku prawie 52 tys. ton wieprzowiny za prawie 68 mln euro, do Japonii - 25 tys. ton za 76 mln euro, a do Korei eksport wyniósł 10 tys. ton za kwotę 23 mln euro. Strona polska podjęła już odpowiednie działania, by renegocjować zapisy w świadectwach zdrowia i umożliwić jak najszybsze zniesienie blokad.
Embarga wprowadzono po wykryciu (luty 2014) dwóch przypadków mięsa dzików zarażonego wirusem ASF, mimo że w mięsie zwierząt hodowlanych wirusa nie odkryto. W efekcie nastąpił dramatyczny spadek cen polskiej wieprzowiny, które dopiero teraz wracają do równowagi. Stąd spekulacje, że w całej tej sprawie być może chodziło komuś bardziej o zachwianie polskim rynkiem skupu trzody, a spadki cen są bardziej wynikiem gry skupujących i pośredników, którzy w zamieszaniu próbują jak najwięcej zarobić.