środa, 18 lipca 2018

Nie jest źle, ale wszystko ma swoją cenę. Tak się żyje w Dulsku

Janusz Milanowski

Tagi: RIR Region Informacje Wiadomości

14 lipca 2013, aktualizowano: 16-12-2013


W gminie Radomin koło Golubia-Dobrzynia znajduje się malownicza, stara wieś Dulsk. Na 57 ha gospodaruje w niej Witold Górecki.



Krzyże przydrożne i kapliczki z XIX w., to pierwsze co, się rzuca w oczy, gdy przejeżdża się przez wieś, która jako Dulsko została wymieniona po raz pierwszy w dokumencie księcia dobrzyńskiego Władysława w 1349 r.



Wspólnie z biskupem włocławskim, Maciejem z Gołańczy, ustalił on granice pomiędzy księstwem a biskupstwem.

Ostatni właściciel Dulska z rodu Działyńskich, Ignacy, w końcu XVIII w. zbankrutował, a zadłużony majątek nabył Józef Wysocki. Na cmentarzu przykościelnym jest jego klasycystyczna kaplica grobowa z 1840 r.

Majątek po Józefie odziedziczył Aleksander Wysocki, który brał udział w powstaniu styczniowym i dlatego w 1863 r. przymusowo go zlicytowano. Później majątek nabył Władysław Gniazdowski, który sprzedał go niejakiemu Płoskiemu.

Scheda po rodzicach

Pola Witolda Góreckiego sąsiadują z tym majątkiem. Pan Witold przejął gospodarstwo po rodzicach w 1984 r. Obejmowało ono wówczas ok. 16 ha. Obecny areał osiągnął dokupując ziemie w latach 90.

Rodzice prowadzili produkcję roślinną i zwierzęcą. - Zrezygnowałem z trzody - mówi pan Witold. - Hodowałem ok. 40 macior w cyklu zamkniętym, a zostało osiem. Nie opłacało się, bo jak długo można dokładać. Już 15 lat temu sprzedawałem żywiec po 5 zł z groszami. A teraz cena poszła tylko trochę w górę na 5,20 zł, a inne koszty skoczyły bardziej. Na tych 57 ha pan Górecki uprawia głównie buraki (najwięcej - 16 ha), rzepak, pszenicę, a w tym roku dołączył kukurydzę. - Zaplanowałem ją na ziarno, ale co wyrośnie, nie wiadomo - mówi. - Łatwo nie jest, całe szczęście że są dopłaty, chociaż dawniej nie było dopłat i też się gospodarowało, ale były inne relacje cen.

Ze środków unijnych zainwestował w budynki i dokupił sprzęt: dwa ciągniki, agregat uprawowo-siewny, beczkowóz, mieszadło. Postawił też silos do gnojowicy. - Przydałaby się jeszcze suszarnia i przystawka do kombajnu do zbioru kukurydzy - wymienia.

Pan Witold chętnie powiększyłby gospodarstwo, ziemi we wsi nie brakuje, ale nie ma chętnych do sprzedaży. Graniczącym z jego polami majątkiem zawiaduje agencja. Miał być sprzedany, ale pojawił się spadkobierca po zamordowanym przez hitlerowców właścicielu.

Wiosną mówiło się o tym, że 30 proc majątku ma być sprzedane, ale na razie nic w tej sprawie się nie dzieje.

Kiedyś bardziej nas doceniano

O gospodarskich osiągnięciach pan Witold nie chce mówić, choć podczas dożynek dostaje dyplomy od gminy. - Osiągnięciem moim jest to, że z 16 ha po rodzicach, rozbudowałem gospodarstwo do 57 - podkreśla. - Dawniej to bardziej rolników doceniano, bo jak uzyskało się plony ponad kontraktację, to dostawało się nagrodę, choćby w nawozach. A teraz jak się wyhoduje więcej buraków ponad umowę, to kupią taniej i taka to jest nagroda - mówi ze śmiechem.

Pan Górecki nie wie jeszcze, na co przeznaczy nowe, przyznane mu przez Unię środki. Myśli o wymianie ciągnika, który przerobił już ponad 2 tys. godzin. - Kiedyś sprzęt się po prostu naprawiało i dalej chodził latami - opowiada.

- A te nowe traktory trzeba wymieniać co pięć lat. Naprawy serwisowe są bardzo drogie. Niedawno za trzy uszczelki wielkości dwuzłotówki zapłaciłem 190 zł, a tylna, duża opona kosztuje ok. 10 tys. zł. To są koszty, z których mieszkańcy miast nie zdają sobie sprawy, mówiąc jak na wsi jest dobrze dzięki Unii. Owszem, polepszyło się, ale wszystko ma swoją cenę - podkreśla poważnie na koniec.